1997  Golub-Dobrzyń 11-13.04.1997 Powrót do strony startowej

Start u MC DonaldaWyjazd na inaugurację sezonu 1997 zapowiadał się raczej zimowo. Wpadłem na pomysł by tego typu zlot nazwać zlotem "bałwanów". Wiele osób oglądających nasz start miało dziwnie podobne zdanie. O dziwo, największy twardziel pan W. przyjechał na miejsce zbiórki samochodem, ale kiedy zobaczył zwiększające się szeregi klubu "Opór" krew w nim zagrała i ostatecznie przesiadł się jednoślada. Tradycyjnie z godzinnym opóźnieniem grubo po południu wyruszyliśmy w drogę. Zamieć śnieżna rozpoczęła się w okolicach Tczewa i trzymała do Chełmna. Widoczność spadała do 20 metrów co spowodowało, że już po ciemku w rozproszonych grupkach dotarliśmy do zamku w Golub-Dobrzyniu, gdzie wcześniej zamówiliśmy nocleg. Zarezerwowano nam złośliwie najwyższe piętro, w wieloosobowych komnatach. Rozgrzewaniom i gadaniom nie było końca. Ostatni z gawędziarzy zasnął samotnie grubo po północy.

Poranny park maszyn.Grubo poubieraniPoranek przywitał nas słońcem i białym puszkiem śniegu. Po krótkim wypadzie aprowizacyjnym do podzamcza na przekór pogodzie i zerowej temperaturze zdecydowaliśmy się wyruszyć w okolicę. Maszyny przykryte śniegiem ospale budziły się do życia. My ubrani do granic możliwości bezruchu, jak zakóci w stal rycerze wyruszyliśmy na bój z zimnem.

 

Obiadanie w ToruniuNad WisłąAle bój pierwszy wygrał żołądek. Zagonił nas na obiad do Torunia. Jedyne miejsce gdzie można posiedzieć w lekkim chłodzie to MC-Donald. Dziwnie wyglądaliśmy w tłumie dostojnie ubranych mieszczan. Stoczyliśmy walkę z kolejką, obsługą zabraniającą fotografowania (ze względów strategicznych) no i z głodem. Udobruchani sutym, smacznym ale za to niezdrowym posiłkiem wyruszyliśmy dalej wzdłóż Wisły. Zanleżliśmy po drodze pustki otulone śniegiem w Ciechocinku, wyrzucony na brzeg prom w stareńkiej Nieszawie.

Stabilne zaparkowanie Ja i kolubrynyDo Włocławka przegalopowaliśmy raczej co koń wyskoczy, przesadziliśmy Wisłę i zatrzymaliśmy się dopiero na rozgrzanie kości w małej miejcowości Kikół, leżącej nad spokojnym pokrytm dryfującą krą jeziorkiem Sumińskim. Nad jego brzegiem u wezgłowia tawerny zaparkowaliśmy nasze rumaki. Stąd już jeden krok do Golubskiego zamku. U jego bram czarne kolumbryny przypudrowane śniegiem przywitały nas mroźnie i milcząco.

W komnatach zamku Golub-DobrzyńA w komnatach ogrzewaniom i gadaniom nie było końca. Grzałki grzały herbatę, ona piwo, piwo nas, my siebie na wzajem i zimne mury. Tak więc można powiedzieć, że dopełniliśmy ceremoniału otwarcia sezonu 1997.

 

Radzyń ChełmińskiMalborkPoranek dnia powrotu był jeszcze zimniejszy. Z powodu różnicy temperamentu, możliwości rannego wstawania i obowiązku terminowego powrotu do domu wracaliśmy porozbijani na mniejsze oddziały. Zachaczając o Radzyń Chełmiński i Malbork - sztandarowe punkty postojów w delikatnych promieniach słońca dotarliśmy do Trójmiasta.

Trzy dni, a dokładniej dwa noclegi w 48 godzin będą nielicznymi z tych które nie ulecą bezpowrotnie w zapomnienie... .


Akcje: | Na poczatek strony | Powrót do strony głownej CopyRight (c) Bogdan Chudzikiewicz