Wyjazd na inaugurację sezonu 1997 zapowiadał
się raczej zimowo. Wpadłem na pomysł by tego typu zlot nazwać
zlotem "bałwanów".
Wiele osób oglądających nasz start miało dziwnie podobne
zdanie. O dziwo, największy twardziel pan W. przyjechał na
miejsce zbiórki samochodem, ale kiedy zobaczył zwiększające
się szeregi klubu "Opór"
krew w nim zagrała i ostatecznie przesiadł się jednoślada.
Tradycyjnie z godzinnym opóźnieniem grubo po południu
wyruszyliśmy w drogę. Zamieć śnieżna rozpoczęła się w
okolicach Tczewa i trzymała do Chełmna. Widoczność spadała
do 20 metrów co spowodowało, że już po ciemku w rozproszonych
grupkach dotarliśmy do zamku w Golub-Dobrzyniu, gdzie wcześniej
zamówiliśmy nocleg. Zarezerwowano nam złośliwie najwyższe
piętro, w wieloosobowych komnatach. Rozgrzewaniom i gadaniom nie
było końca. Ostatni z gawędziarzy zasnął samotnie grubo po
północy.

Poranek przywitał nas
słońcem i białym puszkiem śniegu. Po krótkim wypadzie
aprowizacyjnym do podzamcza na przekór pogodzie i zerowej
temperaturze zdecydowaliśmy się wyruszyć w okolicę. Maszyny
przykryte śniegiem ospale budziły się do życia. My ubrani do
granic możliwości bezruchu, jak zakóci w stal rycerze
wyruszyliśmy na bój z zimnem.

Ale bój pierwszy wygrał żołądek.
Zagonił nas na obiad do Torunia. Jedyne miejsce gdzie można
posiedzieć w lekkim chłodzie to MC-Donald. Dziwnie
wyglądaliśmy w tłumie dostojnie ubranych mieszczan.
Stoczyliśmy walkę z kolejką, obsługą zabraniającą
fotografowania (ze względów strategicznych) no i z głodem.
Udobruchani sutym, smacznym ale za to niezdrowym posiłkiem
wyruszyliśmy dalej wzdłóż Wisły. Zanleżliśmy po drodze
pustki otulone śniegiem w Ciechocinku, wyrzucony na brzeg prom w
stareńkiej Nieszawie.
Do Włocławka
przegalopowaliśmy raczej co koń wyskoczy, przesadziliśmy
Wisłę i zatrzymaliśmy sie dopiero na rozgrzanie kości w
małej miejcowości Kikół, leżącej nad spokojnym pokrytm
dryfującą krą jeziorkiem Sumińskim. Nad jego brzegiem u
wezgłowia tawerny zaparkowaliśmy nasze rumaki. Stąd już jeden
krok do Golubskiego zamku. U jego bram czarne kolumbryny
przypudrowane śniegiem przywitały nas mroźnie i milcząco.
A w komnatach
ogrzewaniom i gadaniom nie było końca. Grzałki grzały
herbatę, ona piwo, piwo nas, my siebie na wzajem i zimne mury.
Tak więc można powiedzieć, że dopełniliśmy ceremoniału
otwarcia sezonu 1997.

Poranek dnia powrotu był jeszcze zimniejszy. Z
powodu różnicy temperamentu, możliwości rannego wstawania i
obowiązku terminowego powrotu do domu wracaliśmy porozbijani na
mniejsze oddziały. Zachaczając o Radzyń Chełmiński i Malbork
- sztandarowe punkty postojów w delikatnych promieniach słońca
dotarliśmy do Trójmiasta.
Trzy dni, a dokładniej dwa noclegi w 48 godzin będą nielicznymi z tych które nie ulecą bezpowrotnie w zapomnienie... .